14 stycznia czyli dzień jak co dzień....


Dla wszystkich zainteresowanych i tych którzy z ciekawości przeczytają zamieszczam tą, krótką relacje ze sztormu i "akcji" pod kryptonimem 14 stycznia....

Jak to zwykle bywa w każdy wietrzny weekend telefon od samego rana nie dawał spać, po kilku rozmowach padła decyzja: "Kierunek port Władysławowo". Na miejscu pierwsi stawili się Andi, Wojtek i Karol. Gdy dojechaliśmy z Bronkiem po szybkich konsultacjach i oględzinach plaży ustaliliśmy że rozkładamy się kawałek dalej na wysokości kolejnego parkingu. Wiatromierz wskazywał około 40 węzłów więc w ruch poszły 7m maszyny. Czekając na swoją kolej pomagałem chłopakom wystartować i wydostać się z 1,5m uskoku miedzy wydmą a wodą.

Przyszła kolej na mnie. Latawiec do zenitu, deska na nogi i próba przebicia się przez przybój. Czy to z powodu szczęści czy dobrego nosa znalazłem dziurę miedzy dwoma falami i za chwilkę byłem już za 1 przybojem. Nie było to łatwe pływanie. Każda kolejna fala była większa i silniejsza a przebicie się przez nie graniczyło z cudem. Silny prąd przy brzegu i wielkie jak na polskie warunki fale w połączeniu z wiatrem z NW praktycznie uniemożliwiały ostrzenie. Bawiąc się na falach lub próbując wyjechać za nie traciłem dużo wysokości a jeszcze więcej energii. Lekko zmęczony walką z żywiołem spłynąłem odetchnąć na brzegu, dużo niżej od miejsca startu.

Po chwili odpoczynku postanowiłem wypłynąć znowu, wyjechać jak najdalej za duże łamiące się "krowy" i na powrocie złapać za nimi trochę wysokości. Pierwsza, druga, trzecia... pewny siebie jechałem coraz dalej. Jadąc na kolejną falę popełniłem błąd w jej oszacowaniu, może to zmęczenie a może usilna chęć złapania wysokości spowodowała że jadąc na coraz wyższą, myślę ze finalnie około 7m falę, spóźniłem zwrot.... Nagle cała kipiel fali wylała się na mnie wbijając mnie głęboko pod wodę. Teraz wiem jak czują się surferzy gdy fala unosi ich coraz wyżej i wciąga w siebie coraz bardziej aby na koniec wypluć jak wyrzutą gumę. W tej chwili nie miałem już deski ale ciągle nade mną wisiał latawiec. W momencie w którym poczułem luz na linkach wiedziałem że nie jest dobrze. Gdy tylko wypłynąłem w poszukiwaniu oddechu spotkała mnie kolejna niemiła niespodzianka. Latawiec właśnie zabierała fala wciągając mnie pod wodę. Gdy udało mi się wynurzyć sytuacja powtórzyła się. Nie pozostało nic innego jak się wypiąć. Pamiętajcie: Życie ważniejsze od sprzętu! Kolejne szarpnięcie fali i czuje jak zrywa się leash. W sercu lekka panika ale na szczęście głowa wygrała to starcie a myśl "tylko spokój i rozsądek mnie uratuje" była jedyną która w danej chwili przenikała moją głowę.

Kolejne minuty mijały według scenariusza: Patrzymy za siebie, bierzemy oddech i płyniemy z fala w brzeg. Utrudniający oddychanie trapez zamiast opinać w pasie stał się na kilka chwil pływaczkiem. Jednak kolejna duża fala powyginała go w moich rękach tak bardzo że łatwiej było go puścić niż się nim dalej zajmować.

Gdy serce i głowa się uspokoiły a powrót do brzegu okazał się być łatwiejszy niż mogło by się wydawać wiedziałem że będzie dobrze. Najtrudniejsze z całego powrotu okazało się być ostatnie 50m. Każdorazowe dotkniecie nogą dna powodowało wyrzucenie na głęboką wodę przez prąd wsteczny. Po raz kolejny musiałem poczekać na fale która wyrzuci mnie na brzeg. Teraz już tylko wspinaczka po 1,5m uskok w plaży i jestem na stałym lądzie. Pomyślałem o chwili odpoczynku na wydmie w pozycji bezpiecznej. Po 30 sekundach leżenia okazało się że ani nie nałykałem się zbytnio wody ani nie jestem za bardzo zmęczony. Ruszyłem w stronę auta. Dla komfortu termicznego schowałem się za wydmą gdzie spokojnie mogłam zdjąć neoprenowy kaptur i pooddychać bez "ściskoszczęku". Idąc leśną ścieżką zauważyłem na wydmie parę która pokazuje coś palcem. Pomyślałem że ktoś mnie szuka wiedząc z doświadczenia że tak wskazuje się rzeczy które morze wyrzuca na brzeg. Nie pomyliłem się. Na brzegu trwała akcja poszukiwawcza pod przewodnictwem Mariana i Marcina o czym dowiedziałem się od napotkanych Agnieszki i Marty. Poprosiłem je aby zadzwoniły do chłopaków i poinformowały ich że jestem cały i zdrowy i wracam do auta. Ruszyłem w dalszą trasę i po około 30min byłem w miejscu startu a cała akcja według świadków trwała około godziny.

Sprzęt:

Całym sercem jestem w stanie polecić suchego bolka ION Fuse który dzięki swojej konstrukcji z impregnowanej pianki daje niesamowitą wyporność mimo swojej wysokiej wagi.

Godna polecenia jest także zrywka z baru North która działa szybko, lekko i sprawnie.

W tym miejscu powinienem także napisać dlaczego deska z butami i to w takich warunkach. Z 2 powodów:

  • buty + skarpetki neoprenowe dają super komfort termiczny,
  • brak w danym momencie innej deski na stanie
  • Buty w desce były tylko lekko zaciągnięte na wszelki wypadek. Nie wyobrażam sobie rozsznurowywania ich w trakcie "pralki".

    Na koniec chciałbym jeszcze raz podziękować zarówno chłopakom i dziewczynom szukającym mnie na brzegu jak i ratownikom SAR którzy mimo ciężkich warunków wypłynęli na ratunek.

    Do zobaczenia na fali
    Jurgen

    PS. więcej zdjęć Mariusza Malinowskiego z tego dnia znajdziecie tutaj

    PS II. a na koniec mały pastisz medialnego szumu wokół tego wydarzenia.